Czy „zdrowo” musi oznaczać „drogo”?

„Jakość musi kosztować” – to hasło jak mantra odmieniane jest przez wszystkie przypadki w subtelnych przekazach podprogowych fundowanych nam przez specjalistów od reklamy. W końcu chodzi o to, by wygenerować przekonanie, że płacąc więcej za dany produkt czy usługę – otrzymujemy dodatkową wartość, będącą pieczołowicie wyhodowanym, ekologicznym owocem ponadprzeciętnych starań sztabu ekspertów stawiających sobie za najwyższą cnotę dbałość o Dobro Konsumenta. Co ciekawe, z powyższym twierdzeniem trudno jest w sposób zerojedynkowy polemizować, bo faktycznie dobra jakość najczęściej ma swoją cenę, która – nie oszukujmy się – niska raczej nie jest. Tyle, że niekoniecznie musi to oznaczać, iż im coś jest droższe – tym jest lepsze. Niekiedy bywa wręcz odwrotnie, bo w cenę produktu wlicza się także w pewnym stopniu koszt jego reklamy, a ta, jeśli ma być dobra (czytaj: skuteczna), też raczej nie jest z posezonowej wyprzedaży… Znakomitym przykładem przedstawionej zależności pomiędzy jakością a ceną jest… jedzenie. Okazuje się bowiem, że – wbrew obiegowym przekonaniom – dobre jakościowo produkty spożywcze, choć nie są rozdawane przez roznegliżowane hostessy za darmo, to wcale nie muszą być większym obciążeniem dla domowego budżetu niż tzw. „junk food”. Mało tego, postaram się zaraz wykazać, że aby móc się zdrowo odżywiać, nie trzeba być prezesem spółki skarbu państwa.

Wołowina od krów argentyńskich wypasanych lewym bokiem do słońca

Kwestia „zdrowej diety” jest z jednej strony zagadnieniem, które w sposób namacalny dotyczy każdego człowieka, a z drugiej jest także zagadnieniem, które ostatnio zyskuje na wartości i na którym można zarobić. Do „zdrowego odżywiania” namawiają dziś nie tylko dietetycy i lekarze oraz trenerzy, ale także aktorzy, sportowcy i celebryci. W efekcie tego, niemal każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu, „interesuje się” dietetyką. Analogicznie też każdy bez wyjątku może zabierać głos w tej sprawie, powołując się, czy to na obiegowe źródła wiedzy, czy też mądrości ludowe czy – najczęściej – własne, rzadko kiedy obiektywne, obserwacje. W dziedzinach nauk takich jak fizyka kwantowa czy biologia molekularna takie standardy nie maja miejsca. W dziedzinie dietetyki stanowią – nomen omen – „chleb powszedni”. Można zaryzykować twierdzenie, iż kwestie związane z żywieniem poruszane są co najmniej równie często jak tematy ze świata polityki. Wszystko to sprawia, że obieg informacji dotyczących żywienia jest bardzo gęsty oraz intensywny i przypomina trochę głuchy telefon, gdzie dodatkowo łatwo o nieumyślne wypaczenie pierwotnej wartości przekazu. W efekcie tego pojawia się problem polifonii: brakuje jednej „prawdy”, co do której wszyscy byliby zgodni.

Pomimo iż żyjemy w czasach, w których mamy nieograniczony dostęp do informacji, w tym również takich jak wyniki badań naukowych, to tak naprawdę mało kto, nie będący ekspertem w dziedzinie fizjologii żywienia, potrafi bez pudła odpowiedzieć na pytanie, które produkty są zdrowe, a które nie. W końcu mięso naszpikowane jest antybiotykami, warzywa i owoce – pestycydami, ryby rtęcią, zboża – za sprawą glutenu – robią dziury w jelitach, jaja powodują miażdżycę, a nabiał zawiera niestrawną dla nas kazeinę, która na dodatek sprawia, że rosną rogi i kopyta. Dodajmy do tego, że sól zabija, cukier uzależnia, słodziki powodują raka mózgu i nawet znane są przypadki śmiertelnego przedawkowania zwykłej wody. W gąszczu takich doniesień dostać można nie tylko dysbiozy, ale wręcz anafilaktycznego wstrząsu. Prawda jest jednak taka, że żyć przecież jakoś trzeba i choć są osoby przekonujące, że wykształciły zdolność karmienia się energią słoneczną, to poza światem fantazji ludzka egzystencja nie może opierać się na procesie fotosyntezy. Trzeba zatem jeść. Cała nadzieja więc w produktach unikatowych, ekologicznych, tradycyjnych, hodowanych lub uprawianych, a następnie zbieranych bez użycia środków mechanicznych przez leśne skrzaty, gdy Jowisz jest w ascendencie Saturna. I tak oto, przykładowo chociaż, kanapka z margaryną i dżemem uchodzi za pokarm toksyczny, to już hamburger otrzymywany z argentyńskiej wołowiny od krów wypasanych lewym bokiem do słońca w bezglutenowej bułce z nasionami Chia pochodzącej z ekologicznych upraw uchodzić będzie za superfood, zwłaszcza jeśli przepije się go kombuchą i uwieńczy podwójną porcją probiotyku. A to proszę Państwa nie są tanie rzeczy… No ale zdrowie przecież jest bezcenne a jakość… kosztuje.

Po lekturze powyższych treści dojść można do wniosku, że twierdzenie mówiące, iż „zdrowo” nie oznacza „drogo” jest jedynie mało zabawnym żartem, to w istocie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Trzeba jednak mieć na uwadze jedną, ważną rzecz: obiegowe wyobrażenia na temat tego, co jest zdrowe a co nie, bywają często wypaczone. Zanim jednak przejdę do prostowania powszechnie utrwalonych stereotypów, chciałbym zwrócić uwagę na pewną, niezwykle znamienną kwestię i to właśnie od niej zacząć „instrukcję ekonomicznego inwestowania w zdrowie” za pomocą jedzenia.

Rozrzutny i niegospodarny jak… Polak

Opublikowane 12 lat temu badania obnażyły na nasz temat smutną i zaskakującą prawdę: niby skarżymy się na rosnące ceny żywności, niby tłumaczymy, że „zdrowe produkty są zbyt drogie”, a zarazem okazujemy się być niezwykle niegospodarni i rozrzutni jeśli chodzi o jedzenie. My Polacy marnowaliśmy bowiem już wtedy około 9 milionów ton żywności rocznie! Liczba ta jest duża, ale w sumie niewiele mówi o finansowych kosztach takiej beztroski. Sytuacja nabiera nowego kształtu, gdy dokonamy przeliczenia na złotówki. Otóż biorąc pod uwagę przeciętne wydatki na żywność, już ponad 12 lat temu wychodziło na to, że przeciętny mieszkaniec naszego kraju wyrzucał do kosza ponad 8 zł dziennie. Biorąc pod uwagę, jak mocno wzrosły ceny niektórych, popularnych produktów śmiało można zaryzykować tezę, że na chwilę obecną owe straty mogą być o 50-100% wyższe, zwłaszcza że bieżące raporty FPBZ wskazują, że wspomniany proceder ma tendencję rosnącą. Czyli dzienne straty mogą przekraczać 15 zł. Jeśli komuś wydaje się, że to niewiele, to warto uświadomić sobie, że w dłuższej perspektywie kwota ta nabiera wartości. W ciągu miesiąca daje ona ok. 450 zł, a w ciągu roku 5400 zł! Dla porównania wystarczy sobie przypomnieć ostatnią świąteczną premię w zakładzie pracy – dla wielu osób 3000 zł to nieosiągalne marzenie. Tak więc warto pochylić się nad tym aspektem, bo patrząc na statystyki – przy poprawie gospodarności można w każdym miesiącu zyskać około 450 zł dodatkowo na dobre jakościowo jedzenie. Za to można kupić ponad 30 kg organicznej komosy ryżowej i jeszcze zostanie na topinambur i solidną porcję kombuchy. Co zatem należy zrobić?

Po pierwsze: potrzebny jest plan

Pierwszym z kluczowych elementów zmniejszania wydatków na jedzenie jest działanie według przemyślanego schematu. Codzienny jadłospis powinien zostać choćby ramowo zaplanowany. Plan nie powinien jednak ograniczać się do spraw bieżących, typu „dziś na kolację zjem…”, ale musi obejmować okres co najmniej kilkudniowy. Najlepiej planować w systemie tygodniowym. W tym celu można skorzystać z dziennika żywieniowego, których obecnie jest naprawdę sporo, jak choćby Fitatu, MyFitnessPal, Lifesum, FatSecret i wiele, wiele innych. Dzięki takim aplikacjom można nie tylko ustalić wartość energetyczną i odżywczą diety, ale także w sposób czytelny i perspektywiczny ją zaplanować. Kiedy już uda się to zrobić, należy przygotować listę zakupów i dopiero wtedy udać się do sklepu. Dzięki temu można szybko odzyskać kontrolę nad dietą i, przede wszystkim, zminimalizować straty związane z marnowaniem się żywności, o które łatwo przy „intuicyjnym” robieniu zakupów. Przy tworzeniu planu trzeba jednak zachować pewną elastyczność, w przypadku braku z uwzględnionych na liście produktów wybrać adekwatny zamiennik, zamiast robić kursy po różnych sklepach…

Po drugie: przemyślane zakupy

Chociaż mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego niż robienie zakupów, to w praktyce sytuacja wygląda trochę inaczej. Z jednej strony pod wpływem reklam emitowanych w mediach, a z drugiej – pod wpływem rozmaitych przecen i promocji często wracamy do domu z siatkami pełnymi produktów, które nie są nam do niczego potrzebne i które zarazem zazwyczaj zostają nietknięte przez wiele dni i w końcu lądują w koszu. Dlatego też, tak jak już wspomniałem, na zakupy należy udawać się ze skrupulatnie zaplanowaną listą i założeniem mówiącym, iż nic niespodziewanego w koszyku się nie znajdzie. W ten sposób można naprawdę zaoszczędzić sporo pieniędzy i czasu, unikając nabywania zbytków (tylko dlatego, że były w promocji)… Po wprowadzeniu opisanej powyżej praktyki zazwyczaj szybko okazuje się, że domowy budżet jest pełniejszy, pomimo iż na liście zakupów znajdują się produkty zdrowsze niż te, kupowane dotychczas.

Planując listę zakupów warto pamiętać, że ceny niektórych produktów żywnościowych zmieniają się sezonowo. Przykładowo: zimą nie warto kupować drogich i niesmacznych pomidorów czy przepłacać za sałatę, skoro w znakomitej cenie są warzywa korzeniowe, takie jak marchew, seler i buraki, z których można przygotować zupę krem, sos czy też które można pokroić i ugotować lub upiec razem z mięsem, ryżem lub rybą. Pamiętać też trzeba, że oprócz droższych mięs, takich jak wołowina czy chudy drób (pierś z kurczaka), są też tańsze alternatywy, jak choćby udka kurczaka czy podroby.

Po trzecie: śledzenie promocji

Nie oszukujmy się – wprowadzanie cenowych promocji ukierunkowane jest jedynie na to, byśmy kupowali więcej. Innymi słowy – na promocjach docelowo zarobić ma sklep, a nie klient. Przy odpowiednim podejściu do tematu można jednak ten mechanizm lekko skonfigurować, tak by pracował na naszą korzyść. Nieraz zdarzają się takie okazje cenowe, że nierozsądne byłoby z nich nie skorzystać. Trzeba jednak najpierw zadać sobie pytanie „czy jest mi to potrzebne”. Nie powinno się kupować danego produktu tylko dlatego, że jest tańszy niż zazwyczaj. Motorem do podejmowania wyborów nie powinna być – przepraszam, ale to adekwatne słowo – pazerność, a raczej świadomość potrzeb. Jeśli nigdy nie jedliśmy krewetek, a akurat są w rewelacyjnej cenie (50% taniej) – można zaryzykować i kupić, ale nie warto robić zapasów, bo przecież mogą nam nie posmakować lub wręcz wywoływać obrzydzenie. Wtedy nic na tym nie zyskamy, poza nieprzyjemnym doświadczeniem.

Po czwarte: nauka samodzielności

W dzisiejszych czasach łatwo ulec skłonności do tego, by zamiast przygotowywać posiłki w domu – wybierać gotowe produkty, które wystarczy co najwyżej odgrzać w mikrofali. I tak zamiast świeżych warzyw wolimy kupić surówkę, zamiast owoców – sok owocowy, zamiast świeżego mięsa – wędlinę, zamiast świeżej ryby – rybę w puszce, etc. Niestety dokonując tego typu wyborów nabywamy produkty mniej wartościowe i jeszcze za nie przepłacamy. Tymczasem przecież samodzielne przygotowywanie potraw nie musi być specjalnie czasochłonne, o ile nie podejdziemy od razu do tematu zbyt ambitnie i o ile nauczymy się przygotowywać posiłki na 2-3 dni. Można przecież też na kolację zjeść to samo co na obiad, a np. mięso, które zostanie z jednego dnia – użyć dnia kolejnego, choćby do przygotowania smacznych i wartościowych kanapek.

No dobra, ale planowanie zakupów, prowadzenie dziennika, samodzielne przygotowywanie posiłków i unikanie marnowania jedzenia to jedno, ale gdzie kupować te bezcenne, zdrowe produkty? Na straganach i bazarach? W sklepach z ekologiczną żywnością? A może samemu wyprowadzić się w Bieszczady i prowadzić łowiecko-zbieracki tryb życia?

Na temat warto spojrzeć zdroworozsądkowo, przyjmując za fakt, że chociaż współczesna żywność idealna nie jest, to wszystkie opiniotwórcze instytucje zrzeszające ekspertów zajmujących się żywieniem są zgodne: w dzisiejszych czasach, bazując na żywności dostępnej w marketach można się zdrowo odżywiać, należy jednak przede wszystkim [2-5]:

  • ograniczyć spożycie produktów mocno przetworzonych, zwłaszcza słodyczy i dań gotowych do spożycia,
  • unikać produktów zawierających w składzie „utwardzone oleje roślinne” lub „tłuszcz cukierniczy”,
  • jeść więcej owoców, warzyw, pełnoziarnistych produktów zbożowych, najlepiej uwzględniając je w każdym posiłku,
  • włączyć do diety orzechy i strączki,
  • uważać na nadmierną podaż soli i limitować spożycie węglowodanów rafinowanych, chyba że w grę wchodzi duże obciążenie aktywnością fizyczną,
  • w sytuacji niskiej i umiarkowanej aktywności – bazować na bezkalorycznych napojach.

Wymienione powyżej zabiegi nie muszą wiązać się z nadludzkim obciążeniem domowego budżetu.

Wbrew pozorom nie ma konieczności opierania się na produktach ekologicznych, bo te, jak się okazuje, nie do końca są… ekologiczne [6]. Poza tym konwencjonalna żywność niekoniecznie musi być gorsza niż żywność bio. Przykładowo badania polskich naukowców wykazały, że na 317 próbek dostępnych u nas owoców i warzyw jedynie w dwóch przekroczona jest norma na zawartość pestycydów. To jest grubo poniżej 1%. Nie jest też prawdą, iż współczesna żywność konwencjonalna nie zawiera niemal w ogóle witamin i składników mineralnych, nawet jeśli notuje się pewne straty na przełomie ostatnich dekad [7]. Nie ma co więc siać paniki ani też nadmiernie stresować się tym, że na urodzinach cioci zjedliśmy dwa kawałki tortu z cukrem i margaryną. Zdrowa dieta musi uwzględniać zdroworozsądkowe podejście do jedzenia, inaczej staje się swoją własną karykaturą.

Kilka słów na zakończenie

Ludzki organizm do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje kilkudziesięciu składników, do których zaliczyć można m.in. białko (a dokładnie – tworzące je aminokwasy), wybrane lipidy, cukry, witaminy i składniki mineralne. Na każdy z owych składników organizm posiada określone zapotrzebowanie. Nieosiągnięcie odpowiedniego pułapu w ich spożyciu może powodować niedobory przyczyniające się do zaburzeń homeostazy ustrojowej. Nierzadko też i nadmiar niektórych związków odżywczych okazuje się być szkodliwy. Tak więc mając to na uwadze, można powiedzieć, że zdrowa dieta to taka, która dostarcza wszystkich niezbędnych składników w ilościach adekwatnych do zapotrzebowania. Osobną kwestią jest ekspozycja na działanie związków szkodliwych obecnych w pokarmach. I w tej materii zdrowa dieta ma znaczenie kluczowe, w swoich założeniach bowiem koncentruje się na ograniczaniu udziału ww. substancji w codziennej racji pokarmowej. Tyle że spełnienie powyższych warunków nie wymaga ani tajemnej wiedzy, ani też nadludzkich wysiłków w zdobywaniu pożywienia. W zasadzie bazując na ogólnodostępnych produktach można się zdrowo odżywiać. Więc zamiast rozmieniać się na drobne przy kwestiach małoistotnych, warto skoncentrować się na podstawach, pamiętając, że zdrowe jedzenie będzie tym bardziej przyjazne dla kieszeni, im większy nacisk położymy na to, by… nie marnować jedzenia.

Bibliografia
[1].https://bankizywnosci.pl/wp-content/uploads/2018/10/Przewodnik-do-Raportu_FPBZ_-Nie-marnuj-jedzenia-2018.pdf
[2].https://www.who.int/behealthy/healthy-diet
[3].https://www.efsa.europa.eu/en/efsajournal/pub/1460
[4].https://ncez.pl/upload/normy-net-1.pdf
[5].https://www.researchgate.net/profile/Ben_Desbrow/publication/261105132_Sports_Dietitians_Australia_Position_Statement_Sports_Nutrition_for_the_Adolescent_Athlete/links/546c1c9d0cf20dedafd53ff1.pdf
[6].https://www.sciencedaily.com/releases/2018/12/181213101308.htm?utm_source=dlvr.it&utm_medium=facebook&fbclid=IwAR3MPXvc8K72SKe4tVFT13rnBA436KNdO-9nI6t3Q_CcjiWJUMXZWfm9Q8Y
[7].https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26024398
[8].https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/15637215