Wydawać by się mogło, że żyjemy w czasach oświecenia, w których Nauka święcić może triumf nad ciemnogrodem i zabobonem. Dziś już na wczesnych etapach edukacji przynajmniej teoretycznie nabywamy umiejętności, które kilka wieków temu nie śniły się nawet filozofom. Wystarczy jednak wziąć udział w jakiejś internetowej dyskusji, której temat zahacza o kwestie związane z dietetyką, by doznać anafilaktycznego wstrząsu. Oto bowiem okazuje się, że istnieje liczna rzesza osób, które bez cienia wstydu i autożenady otwarcie są w stanie podważać zasady fizjologii, opierając się na własnych przypuszczeniach czy też – jak to głoszą – doświadczeniach. Choć z drugiej strony to może jednak kwestia chałupniczej empirii ma wyższą wartość niż „oderwane od codziennej rzeczywistości” naukowe wywody?
A na mnie działa…
Skoro argumenty z własnego doświadczenia cenione są dziś nader wysoko, to na potrzeby niniejszego artykułu chciałbym powołać się na przebieg pewnej dysputy, w której kilkanaście lat temu brałem udział i w przebiegu której intensywnie spierałem się z pewnym utytułowanym kulturystą. Dyskusja dotyczyła „Diety zgodnej z grupą krwi”, o której dziś już mało kto pamięta, a która w ówczesnych czasach plasowała się w czołówce rankingu popularności „modnych diet”. Zgodnie z twierdzeniami autora książki, doktor medycyny naturalnej, Petera J. D’Adamo, to właśnie układ grup krwi determinować powinien nasze zwyczaje żywieniowe. Wspomniany doktor przekonywał m.in., że przykładowo posiadacze grupy A winni unikać pokarmów zwierzęcych, natomiast osoby z grupą 0 to „urodzeni mięsożercy”, którym szkodzą zboża, a zwłaszcza – co oczywiste – gluten.
Pamiętam, że używałem licznych argumentów uwzględniających dane ze źródeł naukowych, wskazując, że dieta oparta jest na wymysłach autora, który okazał się być na tyle nierzetelny, że nie zadał sobie trudu by sprawdzić, która grupa krwi była pierwsza, a w przypadku wyodrębnienia niektórych grup – mylił się o miliony lat! Wskazywałem też, że grupy krwi w podobnych układach występują u innych zwierząt, jak choćby koty czy ssaki naczelne (widział ktoś kota weganina? Albo goryla mięsożercę?). Wytykałem, też szereg innych błędów rzeczowych, jak i przede wszystkim wskazywałem, że brakuje jakichkolwiek badań potwierdzających słuszność założeń diety czy jej skuteczność, a w zamian istnieją takie, które je podważają [1]. Z jaką odpowiedzą się spotkałem? Mój adwersarz powiedział wprost: „na mnie działa”, wskazując przy okazji na tytuły sportowe oraz fakt, że „prowadzi w ten sposób wszystkich podopiecznych i jego działania się sprawdzają”… Brakowało tylko pytania „a Ty ile wyciskasz na klatę, że jesteś taki mądry..?”. Dziś w takich sytuacjach uśmiecham się, patrzę na zegarek i mówię, że muszę już iść, ale na tamte czasy było to dla mnie – dwudziestoletniego, ale nieopierzonego jeszcze pasjonata dietetyki – niezwykle frustrujące.
Własne obserwacje a dowody naukowe
Powyższa przypowieść oczywiście sama w sobie nie rozwiewa wątpliwości dotyczących tego, czy w codziennych realiach większe znaczenie mają dane naukowe czy też własne obserwacje. Osadzając ją jednak w szerszej perspektywie można brutalnie podkreślić, że – jak już wspomniałem – dziś o „Diecie zgodnej z grupą krwi” mało kto pamięta. Wyparły ją inne modne wynalazki żywieniowe, jak choćby „carb back-loading”, które także mają swoich wyznawców gotowych szturmem ruszyć do debaty, przekonując iż „na nich działa”. I nie można im odmówić tego prawa, bo są upoważnieni by tak sądzić i tak twierdzić oraz – mało tego – taka czy inna, niepoparta badaniami, dieta „może na nich działać”. Jednak możliwym jest, iż efekt działania wynika z zupełnie innych niż postulowane zależności. Można to też łatwo zobrazować.
W sytuacji, w której Szanowny Czytelniku odczuwasz ustąpienie jakichś dolegliwości (np. jelitowych), ubytek masy ciała, poprawę komfortu życia po jakiejś interwencji żywieniowej, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował opierać się na źródłach naukowych, starając się wykazać, że „Dieta zgodna z grupą krwi na Ciebie działa”. W zamian można wykazać natomiast, że fakt, iż odczuwasz jakąś poprawę nie wynika z dopasowania diety do grupy krwi.
Z czego zatem owo działanie może wynikać?
Jeśli wzięlibyśmy jako przykład „dietę dla grupy 0”, to zaleca ona eliminację produktów zbożowych oraz nabiału. Wspomniane produkty są źródłem składników klasyfikowanych jako FODMAP’s, takich jak fruktany i laktoza, które u pewnej części społeczeństwa powodują jelitowe problemy (i nie ma to nic wspólnego z grupą krwi) [2].
Jak łatwo zrozumieć, pewna grupa osób, stosująca się do zaleceń wspomnianej diety, odczuje poprawę. Z racji tego, iż znaczna część społeczeństwa nie zna podstaw fizjologii żywienia, nie interesuje się „dietetyką opartą na dowodach”, a więc nie zna prac naukowców z prawdziwego zdarzenia, jak dr Rebecca Burgell czy Dr Shara Ket z Monash University, to nie ma pojęcia, jak działa dieta ograniczająca spożycie FODMAP’s, np. w Zespole Jelita Drażliwego i nie wie, że nie ma to nic wspólnego z grupą krwi [2;3].
Nie rozumiem tego, czyli to jest głupie
To właśnie ignorancja względem fachowej wiedzy i opieranie swoich przekonań na „własnym doświadczeniu” lub opiniach osób, które na podstawie własnych przeżyć, przekonań czy wyobrażeń piszą książki i w sposób nacechowany językiem sensacji lansują w nich kuriozalne tezy, odpowiada za współczesny dyskurs w obszarze szeroko pojętej dietetyki (jak i medycyny oraz wielu innych dziedzin). Co szczególnie frapujące, za rozwój epidemii ignorancji, której najwyższą formą skupienia jest podejście „nie rozumiem tego, czyli to jest głupie” odpowiadają po części sami przedstawiciele nauki oraz dziennikarze. To właśnie oni w imię subiektywnie rozumianej symetrii, do rozmaitych dyskusji zapraszają szarlatanów i sekciarzy, którzy, swoim wywrotowym i podważającym dobrze potwierdzone naukowo prawdy poglądom, bezpardonowo akompaniują, uderzając w czułe struny społecznych fobii. I to nie jest kwestia li tylko folkloru, to nie są jakieś błahe sprawy dotyczące tego jaki to groźny stwór zamieszkuje końcówkę od banana, ale i tu, poprzez umiejętną demagogię, można trafić w najbardziej newralgiczny punkt i zdać pytanie: czy chcesz by ten stwór (a dokładnie pasożyt – lamblia), uwił sobie gniazdko w jelitach Twoich dzieci…
Oczywiście końcówkę od banana można w oparciu o powyższe brednie oderwać i wyrzucić (kto miał parazytologie ten wie, że cykl rozwojowy lamblii uniemożliwia jej zagnieżdżenie się w końcówce od banana), problem jednak zaczyna się na przykład wtedy, gdy w oparciu o podobne argumenty, „na wszelki wypadek” przestajemy szczepić własne dzieci…
A gdybyśmy wyżej postawili własne obserwacje i własne doświadczenie?
Własne doświadczenia i obserwacje bez wątpienia mają swoją wartość. Nie są jednak wartością samą w sobie, tylko zawsze muszą zostać odniesione do szerszego kontekstu wiedzy. W innym wypadku łatwo po prostu się pomylić. Żeby zobrazować tę zależność posłużę się takim oto przykładem: otóż rano, gdy wychodzę przed dom, to słońce mam po lewej stronie nieba, a po południu – po prawej jego stronie. Na tej podstawie oczywiście mógłbym wykazać się butą i odrzucić dane z badań naukowych, dotyczących położenia kuli ziemskiej względem słońca (muszę to przyznać – sam na orbicie nie byłem), wolę jednak wykazać się pokorą, albo raczej – zwykłą przyzwoitością – i uznać, że być może moje obserwacje są chybione – albo inaczej – wolę stwierdzić, iż obserwacje są OK (bo słońce faktycznie zmienia swoje położenie względem ziemi – temu nie da się zaprzeczyć i to przy okazji widać gołym okiem), ale ich interpretacja jest błędna. Nie bierze bowiem pod uwagę tego, że zmiana położenia generowana jest przez ruch nie słońca a ziemi. I tu jest punkt ciężkości.
Opierając się na zmysłach jesteśmy w stanie uchwycić jakieś zdarzenie czy ciąg zdarzeń w czasie, wytłumaczenie ich istoty wymaga jednak szerszej wiedzy. Wymaga wiedzy opartej na dowodach naukowych. Dlatego, że to właśnie ten rodzaj wiedzy wywodzi się zazwyczaj z badań wystandaryzowanych w taki sposób, by poziom wiarygodności był maksymalny (istnieją metody takie jak randomizacja, podwójna ślepa próba, które opiszę kiedyś w osobnym wpisie). Możemy co prawda oprzeć się jedynie na innych doświadczeniach własnych, ale trzeba założyć, że w ich wypadku istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo, że obarczone są błędem. Mamy bowiem ewolucyjnie faworyzowane skłonności do dostrzegania zależności przyczynowo-skutkowej w sytuacji, w której dwa zjawiska wystąpią w tym samym czasie. Mało tego, istnieją dowody naukowe wskazujące, że przejawiamy wyraźną tendencję do poszukiwania potwierdzeń dla swoich wcześniejszych przeświadczeń i przekonań [4]. Dlaczego tak się dzieje?
„Dla człowieka z młotkiem wszystko wygląda jak gwóźdź…”
Cóż, wiele wskazuje na to, że również warunkowane jest to ewolucyjnie. Ulegamy bowiem skłonności do weryfikacji słuszności różnych przypuszczeń w sposób selektywny, skupiając swoją uwagę na jednej, bliskiej nam możliwości i zarazem ignorując alternatywy. W połączeniu z innymi efektami taka strategia wpływa na konkluzje, do jakich ludzie dochodzą. Użyłem słowa „ewolucyjnie”, gdyż, jeśli szacowane koszty utwierdzenia się w błędzie nie przewyższają kosztów weryfikacji danej hipotezy prowadzonej w obiektywny i rzetelny sposób, to z punktu widzenia ewolucji jest to „równie opłacalne” [4]. Cóż, ale żeby to zrozumieć trzeba znać podstawy teorii ewolucji, a je trudno zrozumieć ignorując zdobycze nauki i bazując jedynie na własnych doświadczeniach… Choć zapewne znajdą się tacy, co będę próbować i w tej materii cenić sobie wyżej własne domniemania ponad naukowe twierdzenia. W końcu przecież, jak sama nazwa wskazuje, teoria ewolucji to „tylko teoria”…
Powrót do przeszłości
Podejmując temat osobniczych przekonań i doświadczeń w kontekście znaczenia dowodów naukowych warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden, tym razem historyczny kontekst. Otóż tworzenie hierarchii, w których „religijny dogmat” oraz „własne przekonanie” i „własna obserwacja” jest wysoko ponad wynikami badań, było domeną Średniowiecza. Duch Oświecenia przyniósł odwilż w tej materii i zmianę percepcji, jeśli chodzi o ranking dowodów. I dlatego epoka ta nazywana jest Oświeceniem i na nią przypada milowy skok w rozwoju nauki… To wtedy dzięki badaniom Antoine’a Lavoisiera odrzucono zabawną na dzień dzisiejszy „teorię flogistonu”, dzięki pracom Roberta Boyle’a rozwinęła się chemiczna analiza jakościowa, a rozwój nowych metod poznawania rzeczywistości możliwy stał się dzięki wynalezieniu mikroskopu przez Antoniego van Leeuwenhoeka [5].
Dlaczego o tym wspominam? Otóż postulując zwrot od wyników badań do chałupniczych obserwacji, postuluje się jednocześnie zwrot w kierunku średniowiecza. Ma to swój urok, podobnie jak rekonstrukcje średniowiecznych bitew, ale… podobnie jak one – nie przystaje zupełnie do dzisiejszych czasów. Oczywiście każdy ma prawo opierać swoje przekonania na dowolnych źródłach i każdy może cenić wyżej dowody anegdotyczne niż naukowe. Tyle, że uznawanie tego za standard poznawczy i podważanie zdobyczy nauki jest wyniszczającą krucjatą, prowadzącą w stronę ciemnogrodu.
Kilka słów na zakończenie i… argument o glutenie
Chcąc, by sprawiedliwości stało się zadość muszę przyznać się do jednego z kardynalnych błędów, których sam swego czasu popełniłem. Otóż bazując na własnych, nieprzyjemnych doświadczeniach, przez ponad dwa lata studiów dietetyki wierzyłem, że gluten jest składnikiem potencjalnie szkodliwym dla znacznej części populacji i wydawało mi się, że sam odczuwam jego destrukcyjny wpływ organizm. Mało tego – mówiłem o tym głośno, pisałem liczne artykuły, wskazując gluten jako co najmniej „kontrowersyjny” składnik pożywienia. Moje myślenie skądinąd było oparte na pewnej logice. W końcu przecież sam po konsumpcji produktów takich jak chleb żytni razowy doświadczałem nieprzyjemnych reperkusji w obrębie przewodu pokarmowego. Co więcej – w swoich obserwacjach nie byłem sam, na licznych forach internetowych znajdywałem opisy podobnych obserwacji notowanych przez inne osoby. Dodatkowo w wielu książkach, jakie nabyć można w księgarniach, liczni autorzy rozgłaszali, i do dziś rozgłaszają, teorie na temat szkodliwości glutenu, w dodatku niektórzy powoływali się przy tym na wyniki badań naukowych. Po pewnym czasie jednak doświadczyłem czegoś, co w świetle poglądu jaki wyznawałem, było trudne do wytłumaczenia. Otóż o ile w sytuacji, w której spożyłem kanapkę z chleba pełnoziarnistego doświadczałem nieprzyjemnych konsekwencji, to gdy zjadłem spaghetti z rafinowanej, pszennej mąki tudzież gdy zdarzyło mi się skonsumować zwykłą, marketową bagietkę – mój przewód pokarmowy pracował sprawnie, a mi nic nie było. Zatem źródłem problemów nie mógł być gluten, bo bagietka z mąki pszennej zawiera go więcej niż kanapka z razowego pieczywa. Przyczyna musiała tkwić gdzie indziej. Z pomocą przyszła mi… Matka Nauka.
Kiedy głębiej sięgnąłem do naukowych źródeł, poznałem czym są wspomniane już dziś przeze mnie fruktany (frakcje błonnika), to zrozumiałem, że to nie gluten mi szkodzi. Zadałem sobie trud i zdobyłem pełne teksty publikacji naukowych, obrazujących wpływ choćby spożycia glutenu na przepuszczalność jelitową, a nawet zapoznałem się z poglądami autora tych badań, dr Alessio Fasano, który – jak się okazało – publicznie ubolewał nad ich powszechnie błędną interpretacją wśród osób bez odpowiedniego przygotowania naukowego i który istotę problemu przedstawił w taki oto sposób [6-8]:
„We don’t digest gluten completely, which is unlike any other protein. The immune system seems to see the gluten as a component of bacteria and deploys weapons to attack it, and creates some collateral damage we call inflammation.”
Dalej czytamy jednak, że:
„But our bodies are engaging in this war all the time, and for the vast majority of us, there’s a controlled reaction, the enemies are defeated and nothing happens. Very few people eventually lose this battle and may develop celiac disease, gluten sensitivity or wheat allergy.”
Najważniejsza jest natomiast ta pointa:
„So if you argue on that basis that we should all go gluten free, it’s like saying that we should all get rid of germs or bacteria. That’s ridiculous. Our bodies deal with bacteria all the time. We’re awash with them.”
Obecnie jedyne co mogę przyznać to to, że jest mi po prostu wstyd, że kiedyś uważałem tak, jak to opisałem powyżej. Na szczęście było to bardzo dawno temu i dość szybko zrozumiałem, że szukanie jedynie tych prac, które potwierdzają moje własne przypuszczenia i obserwacje, a odrzucanie tych, które im przeczą, w nauce nazywa się cherry picking i jest to emanacja tzw. „efektu potwierdzenia”, prowadzącego właśnie do mylnych wniosków, a finalnie – do braku rzetelności. Zapewne i dziś popełniam wiele błędów, ale cieszę się, że ten akurat etap mam już za sobą, czego również wszystkim zagubionym w świecie, w którym własne przekonania bywają cenione wyżej niż dowody naukowe, z całego serca, ale i rozumu – życzę. Wiedza oparta na dowodach, wraz z pewną dozą pokory i zdolności do wyzbycia się przekonania na temat własnej (czy cudzej) zajebistości, stanowić może skuteczną szczepionkę w czasach epidemię ignorancji i buty. Warto w porę się zaszczepić, by nabyć odporność, bo gdy choroba się rozwinie i obejmie całe społeczeństwo – może nie być na nią skutecznego lekarstwa.
Bibliografia
[1]. Cusack L, De Buck E, Compernolle V, Vandekerckhove P. Blood type diets lack supporting evidence: a systematic review. Am J Clin Nutr. 2013 Jul;98(1):99-104.
[2]. Barrett JS, Gibson PR. Fermentable oligosaccharides, disaccharides, monosaccharides and polyols (FODMAPs) and nonallergic food intolerance: FODMAPs or food chemicals? Therap Adv Gastroenterol. 2012 Jul;5(4):261-8.
[3]. Halmos EP, Power VA, Shepherd SJ, Gibson PR, Muir JG. A diet low in FODMAPs reduces symptoms of irritable bowel syndrome. Gastroenterology. 2014 Jan;146(1):67-75.e5.
[4]. Scott Plous. The Psychology of Judgment and Decision Making. , 1993. McGraw-Hill. OCLC 26931106.
[5]. Chaunu P. Cywilizacja wieku oświecenia, Warszawa: PIW, 1993.
[6]. Lammers KM, Khandelwal S, Chaudhry F, Kryszak D, Puppa EL, Casolaro V, Fasano A. Identification of a novel immunomodulatory gliadin peptide that causes interleukin-8 release in a chemokine receptor CXCR3-dependent manner only in patients with coeliac disease. Immunology. 2011 Mar;132(3):432-40.
[7]. Lammers KM, Lu R, Brownley J, Lu B, Gerard C, Thomas K, Rallabhandi P, Shea-Donohue T, Tamiz A, Alkan S, Netzel-Arnett S, Antalis T, Vogel SN, Fasano A. Gliadin induces an increase in intestinal permeability and zonulin release by binding to the chemokine receptor CXCR3. Gastroenterology. 2008 Jul;135(1):194-204.e3.
[8]. Dr. Alessio Fasano Speaks Out About Celebrity Gluten-Bashing, Celiac Disease Research. Food Navigator-USA on January 29th, 2014.