Usuwanie i wyrzucanie końcówek bananów przed konsumpcją tych owoców wydaje się czynnością równie naturalną, co spożywanie w siłownianej szatni izolatu białka serwatkowego tuż po skończonym treningu. Bananowe końcówki są (w świetle obiegowych „dowodów”) z natury niejadalne, bo – jak wiadomo – mieszkają tam lamblie, które tylko czekają na to, by niepostrzeżenie wniknąć do ludzkiego organizmu i ściągnąć mu na głowę wszelkie możliwe nieszczęścia. Czy jednak powszechny lęk ma jakieś uzasadnienie?
Boją się nawet lekarze i dietetycy
Praktyka polegająca na usuwaniu końcówek od bananów jest tak silnie wkodowana w naszą świadomość, że jej przejawy można zaobserwować we wszystkich grupach społecznych i zawodowych, nie wyłączając nawet lekarzy i dietetyków. Czynność ta zdaje się być rutynowa i bezrefleksyjna, a jeśli już pojawiają się jakieś wątpliwości, to dotyczą one co najwyżej tego, której to końcówki należy się pozbywać w ramach profilaktyki zdrowotnej. W skrajnych wypadkach amputacji ulegają obie peryferyjne fragmenty bananów. W końcu stawka jest wysoka – wystarczy odpalić jeden z filmów, których sporo jest na YouTube, gdzie widać, jak pod wpływem magicznych zabiegów transdermalnych, z porów skóry nieroztropnych Azjatów wypełzają budzące obrzydzenie stworki. To oczywiście smutny skutek spożywania niewykastrowanych bananów, których końcówki od zarania dziejów służą jako slumsy dla lamblii.
No dobra, a teraz trochę faktów
Tak naprawdę większość obiegowych plotek na temat końcówki banana to bujdy na resorach. Jedyne, co się w tych histerycznych doniesieniach zgadza, to lamblia (Giardia lamblia), która naprawdę istnieje i jest pasożytem mogącym stanowić zagrożenie dla zdrowia człowieka, wywołując chorobę zwaną lambliozą lub giardiozą. Przypadłość ta objawia się wodnistymi biegunkami, nudnościami, drastycznym zmniejszeniem łaknienia, a nieraz również gorączką (choć czasem przebiega bezobjawowo). W skrajnych przypadkach choroby może dojść do anemii, niedożywienia, zapalenia trzustki, a nawet trwałego uszkodzenia wątroby, więc z pewnością nie można tego pasożyta traktować z lekceważeniem. Jednak usuwanie i wyrzucenia końcówek bananów nie jest skutecznym sposobem profilaktyki z jednego powodu – lamblii tam po prostu nie ma.
Lamblia bytuje w jelicie cienkim, dwunastnicy, przewodach żółciowych, a cały jej cykl rozwojowy przebiega w obrębie organizmu żywiciela (którym banan z przyczyn anatomicznych po prostu być nie może). Cysty wydalane są z kałem na zewnątrz, gdzie przedostają się np. do wody, której spożycie powoduje zakażenie kolejnej ofiary. I teraz najważniejsze: zdecydowanie istnieje możliwość skażenia żywności lamblią w sytuacji, w której miała ona kontakt z fekaliami lub skażoną wodą. Tyle że osłonięte grubą skórką banany wraz ze swoimi przeklętymi końcówkami na kontakt z pasożytem narażone nie są. Pasożyt też nie ma żadnych powodów, by szukać schronienia we wnętrzu banana, zresztą nie posiada ku temu odpowiednich instrumentów i kwalifikacji. Już prędzej można byłoby go spotkać na liściach sałaty czy owocach truskawek niż na bananach, a już zwłaszcza – w ich wnętrzu.
Jaki z tego wniosek?
Nie ma żadnych wątpliwości, co do tego, że obiegowe teorie na temat obecności lamblii w bananach to owoce ludzkiej fantazji, która trafiła na podatny grunt i dziwnym zbiegiem okoliczności uległa utrwaleniu. Jak to się stało? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, zapewne (podobnie jak inne zabobony) też ma intrygującą historię. Trzeba jednak przyznać, że nawet pomimo przytoczonych powyżej faktów, końcówki bananów nadal wydawać się mogą mocno podejrzane. I mogę się założyć, że przy najbliższej konfrontacji znów pójdą w ruch noże i cykl niekończących się amputacji trwać będzie od nowa. Racjonalna argumentacja może nie mieć szans w starciu z końcówką od banana.
Zamieszczając komentarz, akceptujesz Politykę prywatności strony tadeuszsowinski.pl