Wyobraź sobie, że masz przed sobą jeden, jasno sprecyzowany cel: chcesz przeprowadzić redukcję życia. Co prawda, to nie jest pierwszy taki zryw, ale tym razem postanawiasz dać z siebie absolutnie wszystko. Twoim celem nie jest bowiem jedynie schudnąć kilka kilogramów. Tutaj nie chodzi o to, by zmieścić się w maturalny garnitur czy sukienkę ze studniówki. Chcesz zrobić imponującą formę, którą do tej pory udawało się uzyskać jedynie… innym. Zamiast zatem po prostu jeść mniej i więcej się ruszać, tym razem kreślisz, a następnie skrupulatnie realizujesz misternie opracowany plan. Zamiary bowiem przekuć chcesz w czyny, a czyny w efekty. I to nie byle jakie efekty. Skutek ma powalać na kolana.
Wszechświat wspiera Twoje starania
Gdy przekraczasz próg klubu fitness, to od pierwszej chwili wiesz, że każda wykonana seria jest kwintesencją: racjonalnej periodyzacji, nienagannej techniki, wymaganej intensywności, optymalnej objętości i mind-muscle connection. Każda wyciśnięta z ciała kropla potu to łza targanego lipolizą smalcu. Twój trening to nawet już nie jest trening. To wydarzenie transcendentalne. Podczas ćwiczeń doświadczasz katharsis. A w trakcie powrotu do domu jesteś kimś jakby już trochę innym. Kimś odmienionym, mniej tłustym zarazem, aż niemal prawie… dociętym.
Podczas przygotowywania posiłku od pierwszej chwili wiesz, że każda skrupulatnie odmierzona porcja pokarmu jest kwintesencją: idealnie ustalonego bilansu, właściwego timingu, odpowiednich proporcji makroskładników rozłożonych na jedynie słuszną liczbę posiłków z poszanowaniem rytmu dobowego i bezustannej rotacji. Wiesz, że każdy spożyty kęs argentyńskiej wołowiny od krów wypasanych prawym bokiem do słońca dostarcza optymalnej dawki pełnowartościowego białka, każde ziarno wyniosłego szarłatu dostarcza przyjaznych węglowodanów oraz pokarmowego włókna i odżywia zarówno Ciebie, jak i Twoją mikrobiotę, a każda porcja pak choi, topinamburu i skorzonery neutralizuje stres oksydacyjny, odżywia mitochondria i wydłuża struchlałe i pokurczone telomery. Bierzesz kęs, zamykasz oczy, a przed Tobą bursztynowy świerzop i dzięcielina pała. Nie, Ty nie zasiadasz do stołu, by spożyć posiłek. Ty przyjmujesz sakrament odżywiania. I początkowo Twoje starania nawet przynoszą zamierzone skutki. Masa ciała się zmniejsza, obwody tam, gdzie spadać mają – spadają, ubrania stają się luźne. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień wyglądasz coraz lepiej. I choć nieraz za dnia doskwiera Ci głód, nocami woła carbonara, to trwasz niewzruszenie w ramionach deficytu. Doświadczasz na własnej skórze prawdy objawionej przez samego Coelho: „Jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia, to Twoja misja na ziemi”. I w misji tej znajdujesz upodobanie.
Na przekór prawom fizyki
Niestety, w pewnym momencie, po kilku lub kilkunastu tygodniach kulinarnej ascezy, pojawia się konsternacja. Pomimo usilnych starań i – podkreślmy – metodycznych działań, progres nie tyle nawet spowalnia, co wręcz się zatrzymuje. Wynik na wadze od kilkunastu dni oscyluje w granicach błędu, obwody stoją w miejscu, fałdy skórne choćby mocniej ściskane kaliperem nie stają się nawet o milimetr cieńsze i nawet impedancja elektryczna wydaje się być nieczuła na nadludzkie przecież wysiłki. Tniesz kalorie, dodajesz cardio, zwiększasz dawki adaptogenów i termogeników, a mimo to dopada Cię stagnacja. I gdy już wydaje Ci się, że nic gorszego nie mogło Cię spotkać, pewnego ponurego poranka wchodzisz na wagę i widzisz… że na przekór planom i wbrew zasadom fizyki jest Ciebie… o kilogram więcej.
No dobra, dość tej liryki. Tu właśnie wydarzyło się coś, co wymaga chłodnej analizy i wyzutego z uczuć i emocji podejścia. Tu trzeba działać. Co zatem należy zrobić?
Najpierw trzeba zadać sobie pytanie, czy to, co się stało jest w ogóle możliwe? Czy w świetle hołubionej ostatnimi czasy koncepcji bilansu energetycznego przyrost masy ciała w czasie redukcji faktycznie wydarzyć się może? No cóż, praktyka pokazuje, że nieraz tak właśnie się dzieje i rzadko powodem jest zepsuta waga czy krzywa podłoga w łazience. Oczywiście i tak niekiedy być może, ale nie dlatego artykuł podbarwiony jest liryzmem, by zarekomendować poziomicę.
Przyjmując za fakt, iż – cokolwiek by mówić – również i nasze ciała podlegają nieubłaganym prawom fizyki trzeba, przyznać należy, że raczej mało realne jest, by nagle, w stanie pogłębianego sukcesywnie deficytu, organizm zaczął gromadzić w adipocytach zapasową energię. Owszem, adaptacje metaboliczne istnieją; w układzie podwzgórzowo-przysadkowym mamy bowiem team wybitnych księgowych, którzy są w stanie reagować z dużą dynamiką na wprowadzane cięcia kaloryczne w diecie czy też na indukowane wysiłkiem zwiększanie wydatków. Tego typu reakcje faktycznie zachodzą, ale są wtórne względem wprowadzanych restrykcji i co najwyżej obniżają efektywność naszych działań, ale raczej ich nie blokują, gdyż mamy sposobność, by być krok przed nimi. Wspomniani księgowi posiadają szerokie, ale jednak ograniczone kompetencje. W świetle powyższych ustaleń zakładanie, iż zaczynamy „tyć na ujemnym bilansie” jest niedorzeczne. Podobnie też mało prawdopodobne jest, iż w wyniku podjętych działań zapotrzebowanie energetyczne dramatycznie spadło i spada konsekwentnie, tak by wyprzedzić nasze interwencje. Czyli mówiąc wprost: przyrost tłuszczu zapasowego należy tutaj wykluczyć. To może zatem urosły mięśnie? No nie, to byłoby już raczej śmieszne. Czyli co takiego się dzieje? Fat – nie, muskle – nie, a zatem?
Zatrzymywanie wody i tego konsekwencje
Jest pewien komponent naszego ciała, którego dynamiczne niekiedy wahania mogą być liczone nie w gramach czy dekagramach, ale nawet w kilogramach. Jest nim… woda. Ruch wody w ciele na pstrym koniu jeździ i podlega wpływom wielu różnych czynników. Zmiana pobudliwości osi podwzgórze-przysadka-nadnercza jest okolicznością silnie oddziałującą. Wspomniana oś kojarzona jest powszechnie z reakcją na stres. Deficyt kaloryczny, postępujący ubytek energetycznych rezerw, jak i sam wysiłek fizyczny wszystko to jest swego rodzaju stresem i niekiedy (choć nie zawsze) manifestuje się wzrostem poziomu kortyzolu [1-4]. Kortyzol jest hormonem, którego sekrecja zwiększa się w wyniki ekspozycji na stres, tak psychiczny, jak i metaboliczny oraz fizyczny, a deficyt energetyczny stanowi w tej materii obciążenie dla organizmu i wymaga mobilizacji ustrojowych rezerw energetycznych, w czym wspomniany hormon pośredniczy [5; 6].
Nasz organizm traktuje dostarczane z pożywieniem kalorie jak… gotówkę, a zgromadzone zapasy tłuszczowe – jak rezerwy na koncie. Konsekwentne ograniczanie gotówkowych wpływów i zmuszanie do zużywania posiadanych rezerw to niewątpliwe bodźce stresowe podobnie jak skłanianie do morderczej pracy na treningach w stanie budżetowego deficytu. Ale to nie koniec.
Wiele wskazuje na to, że dodatkowym, wyraźnym czynnikiem stresogennym jest narzucanie sobie świadomej kontroli podaży energii oraz monitowanie przebiegu redukcji, a także doświadczanie niepowodzeń w tej materii [1-4;7]. Za ciekawostkę niech posłuży to, iż wspomniane powyżej aspekty psychologiczne mogą mieć niekiedy większe znaczenie dla neurohormonalnej odpowiedzi na stres niż sam deficyt energetyczny, przy czym raczej nie są one związane wyłącznie z utratą masy ciała, która sama w sobie nie musi podnosić poziomu kortyzolu [8]. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że nawet przy braku wzrostu sekrecji jakiegoś hormonu może dojść do zwiększenia jego biologicznego potencjału, co ma miejsce w toku redukcji masy ciała i co związane jest z obniżeniem poziomu globuliny wiążącej steroidy (corticosteroid-binding globulin – CBG) [9].
Dodatkowo istnieją dowody, że przewlekły stres doprowadza do zwiększenia zatrzymania sodu i wody w ustroju [10]. Ten fakt także można wytłumaczyć pobudzeniem osi podwzgórze-przysadka-nadnercza, wskazując, iż wydzielanie kortykoliberyny w podwzgórzu sprzężone może być z sekrecją wazopresyny, która powoduje zwiększoną retencję płynów i sodu.
Wnioski
Mając przytoczone uwarunkowania na uwadze można sformułować twierdzenie mówiące, iż w toku trwania długotrwałej redukcji tłuszczu zapasowego może dochodzić do zwiększonego zatrzymywania płynów w ustroju i wiele wskazuje na to, iż jest to powiązane z aktywacją osi podwzgórze-przysadka-nadnercza; chociaż warto wiedzieć, że w grę wchodzą jeszcze innego rodzaju uwarunkowania – związane ze zmianą wrażliwości insulinowej i będącym tego skutkiem wzrostem zawartości wody w komórkach tłuszczowych [11]. Już sama świadomość istnienia takiej zależności może działać kojąco na szargane zatrzymaniem postępów nerwy. Oczywiście nie należy zadowalać się nadto samym posiadaniem tej świadomości. Warto w zamian zastosować kilka zmyślnych strategii, ale ten temat omówiony zostanie w osobnym opracowaniu.
Jeśli już teraz chcesz dowiedzieć się, jak poradzić sobie z nadmiernym gromadzeniem wody, weź udział w szkoleniu stacjonarnym, w którym między innymi omawiam ten problem:
Bibliografia
u autora
Zamieszczając komentarz, akceptujesz Politykę prywatności strony tadeuszsowinski.pl