Z osobliwą regularnością powtarza się w kulturze nowoczesnej zjawisko, które można by nazwać rewolucją deklaratywną. Nie polega ona na istotnej zmianie porządku rzeczy, lecz na radykalnej zmianie sposobu mówienia o porządku, który zasadniczo pozostał w dużej mierze niezmienny.
Tak stało się również z najnowszymi wytycznymi żywieniowymi dla Stanów Zjednoczonych. Oto bowiem, jeśli wierzyć nagłówkom, „piramida żywieniowa została postawiona na głowie”, „dotychczasowe dogmaty obalono”, a „nauka wreszcie przyznała się do błędu”. Czytelnik ma prawo oczekiwać, że ktoś tu wreszcie wstał i potłukł talerze, powyginał widelce i zaproponował nową antropologię jedzenia.
Tymczasem, gdy zajrzymy do treści, odnajdziemy raczej nieporadną miejscami korektę kursu niż radykalną zmianę kierunku. Przesunięcie akcentów, niekiedy potrzebne, niekiedy niefortunne; doprecyzowanie, czasem istotne czasem małostkowe; ale rewolucja? Rewolucja dokonała się wyłącznie w warstwie retorycznej.
Sensacyjna narracja jako potrzeba kulturowa
Warto bowiem zrozumieć, że sensacyjność nie jest zwykłym nadużyciem dziennikarskim. Jest ona raczej odpowiedzią na głęboką potrzebę kulturową: potrzebę zerwania. Współczesny odbiorca rzadko chce słuchać o ciągłości, korekcie, stopniowym doskonaleniu. Domaga się momentu objawienia, w którym wczorajsza wiedza okazuje się błędem, a dzisiejsza prawdą ostateczną. Lub chociaż jej zapowiedzią.
Problem polega na tym, że nauka, a zwłaszcza nauka o żywieniu, działa w innym trybie. Jej zmiany są często inkrementalne, a nie dramatyczne. Nowe dane rzadko unieważniają stare; częściej je porządkują, ograniczają zakres ich obowiązywania albo doprecyzowują warunki, w których mają zastosowanie. To zaś jest dla narracji sensacyjnej materiałem niemal bezużytecznym, a już na pewno ciężko strawnym. Nauka i jej rozwój wymagają języka umiarkowanego, który jednak słabo komponuje się z medialną potrzebą sensacji.
Ironia poznawcza
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że narracja rewolucyjna, deklarująca zerwanie z dogmatyzmem, sama się w szaty dogmatu ubiera. Każda kolejna korekta musi zostać opisana jako „obalenie mitu”, bo tylko wtedy zachowuje swoją medialną wartość. W efekcie publiczność uczy się nieufności nie wobec uproszczeń, lecz wobec samej idei stabilnej wiedzy. A stąd już blisko do przekonania, że „nauka ciągle zmienia zdanie”, co w praktyce oznacza: „nie warto traktować jej poważnie”. Ale można instrumentalnie.
Sensacyjna narracja spełnia jednak ważną funkcję społeczną: pozwala odbiorcy przeżyć iluzję uczestnictwa w przełomie. A ponieważ przełom realny jest rzadki, produkuje się przełomy symboliczne. W ten sposób każda aktualizacja wiedzy musi zostać opisana jako „obalenie mitu”, choć w istocie jest jedynie jego korektą.
Efekt uboczny tej praktyki jest jednak niepokojący. Społeczeństwo uczy się nieufności wobec opartej na dowodach, stabilnej wiedzy, a nauka jawi się jako zbiór sprzecznych komunikatów, które co kilka lat wzajemnie się unieważniają. To zaś nie jest już problem komunikacji, lecz odpowiedzialności.
Na zakończenie
Nie mamy więc do czynienia ani z wielką zdradą dawnych zaleceń, ani z objawieniem nowej prawdy. Mamy raczej klasyczny przykład rozjazdu między tempem wiedzy a tempem narracji medialnej. Wiedza kroczy wolno wraz z poprawkami, a narracja pędzi i domaga się przełomów. Być może więc największą zmianą, jaka rzeczywiście się dokonała, nie jest zmiana zaleceń, lecz zmiana tonu opowieści o nich. A ta paradoksalnie może wyrządzić więcej szkody niż same niedoskonałości dawnych wytycznych.

