Są w POP-dietetyce idee i tezy, które mają niezwykłą zdolność przetrwania – nie dlatego, że zostały dobrze udowodnione, lecz dlatego, że są psychologicznie wygodne – stanowią kontrapunkt dla przyjętych w mainstreamie twierdzeń, dają poczucie wtajemniczenia i przyjemne wrażenie odkrywania prawdy ukrytej przed tłumem, pozwalają poczuć się mądrzejszym od „systemu”, a przede wszystkim oferują prostą narrację w miejscu, gdzie medycyna mówi językiem niejednoznaczności.
Za mało czy za dużo kwasu?
„Masz zgagę? To nie za dużo kwasu. To za mało kwasu” – z takim podejściem spotkać się można dość często na peryferiach branży dietetycznej. Czy jest ono słuszne? Otóż jest błędne i to dwojako, bo najpierw kreuje błędną tezę, a później formułuje dla niej kontrapunkt. Tak naprawdę bowiem współczesna gastroenterologia nie postrzega GERD przede wszystkim jako problemu „nadmiaru kwasu”, lecz zaburzenia mechaniki i neurofizjologii:
- przejściowych relaksacji dolnego zwieracza przełyku,
- przepukliny rozworu przełykowego,
- zaburzeń motoryki,
- wzrostu ciśnienia śródbrzusznego,
- nadwrażliwości trzewnej,
- zaburzeń osi mózg–jelito.
Kwas jest tu bardziej aktorem drugoplanowym niż głównym sprawcą dramatu. Bywa narzędziem uszkodzenia, ale niekoniecznie jego pierwotną przyczyną. Tymczasem internetowa narracja o „niedokwaszeniu” działa według logiki niemal teologicznej, szczególnie dobrze widać to w jednym z ulubionych argumentów jej zwolenników:
„Skoro IPP nie pomagają, to znaczy, że problemem jest niedokwaszenie”.
Osobie zaznajomionej z etiologią i patogenezą problemów takich jak zgaga czy refluks przypomina to trochę dziecięcą wiarę w Świętego Mikołaja – skoro pod choinką pojawiają się prezenty, to Święty Mikołaj istnieje. W przypadku dzieci ma to więcej uroku i nie jest brzemienne w zdrowotnych skutkach. Weźmy jednak temat na warsztat:
- faktycznie leki IPP zmniejszają produkcję kwasu,
- faktycznie część pacjentów z objawami takimi jak refluks czy zgaga nie reaguje na IPP.
Dlaczego leki IPP nie działają?
Tyle że brak odpowiedzi na IPP nie dowodzi jeszcze „niedokwaszenia”, tak samo jak brak poprawy stanu zdrowia po antybiotyku nie dowodzi automatycznie, że infekcji nigdy nie było. Sugeruje jedynie, że przyczyna problemu może być inna niż zakładano. A współczesna medycyna, w przeciwieństwie do niektórych ambasadorów chłopskiego rozumu z obszaru POP-dietetyki, zna takich przyczyn wiele.
Istnieje na przykład zjawisko nadwrażliwości na refluks. Pacjent ma prawidłową ekspozycję przełyku na kwas, ale jego układ nerwowy reaguje przesadnie na bodźce, które dla innych pozostają fizjologiczne i neutralne.
Jest też zgaga czynnościowa, czyli sytuacja jeszcze bardziej kłopotliwa dla zwolenników prostych narracji. Pacjent odczuwa pieczenie, choć nie stwierdza się patologicznego refluksu ani związku objawów z epizodami zarzucania treści żołądkowej. Problem nie leży wtedy wyłącznie w kwasie, lecz w sposobie interpretowania sygnałów przez układ nerwowy.
W takich sytuacjach IPP nie przynoszą zamierzonych skutków, ale nie dlatego, że żołądek jest niedokwaszony i trzeba go zakwaszać. Po prostu objawy nie mają wiele wspólnego z kwasowością treści żołądkowej. Bo zgaga nie zawsze jest opowieścią o kwasie. Czasem jest opowieścią o napięciu; o nadwrażliwości; o mechanice przepony; o układzie nerwowym, który zaczął zbyt głośno słyszeć sygnały dochodzące z wnętrza ciała. I trochę na wyrost wszczął alarm.
Na zakończenie
Człowiek jednak nie lubi takich wyjaśnień. Są zbyt złożone i nie da się stworzyć na ich podstawie prostych, plemiennych narracji. Poza tym nie sposób też dla tych problemów wykreować prostych rozwiązań w postaci odpowiedniego pakietu suplementów z kodem rabatowym. Dużo bardziej atrakcyjna jest wizja, w której cała gastroenterologia przez dekady nie rozumiała własnego przedmiotu badań, a rozwiązanie problemu znajdowało się cały czas pod nosem – zamknięte w kapsułce betainy HCl, porcji jabłkowego octu i kilku filmach na YouTube.


