Skoro otyłość jest chorobą, to czy jest nią także ignorancja?

Pytanie to może wydawać się albo niefortunne, albo wręcz złośliwe – i zapewne takie jest. Złośliwość nie zawsze jednak dyskwalifikuje samo pytanie; czasem jedynie zdradza, że pytający zna już odpowiedź, a mimo to pragnie usłyszeć ją od kogoś innego, najlepiej w formie nadającej się do zacytowania. Zapytajmy więc poważnie: jeżeli otyłość uznajemy za chorobę, to czy nie powinniśmy podobnie potraktować ignorancji? Wszak i ona bywa przewlekła, oporna na leczenie, wykazuje skłonność do nawrotów, szerzy się społecznie i może powodować cierpienie – najczęściej, co prawda, nie u osoby nią dotkniętej, lecz w jej najbliższym otoczeniu.

Podobieństwa są zatem kuszące. Ignorancja może ograniczać zdolność prawidłowego funkcjonowania, prowadzić do błędnych decyzji, skracać życie cudze i własne, a niekiedy przybierać rozmiary epidemii. Jej nosiciel często nie odczuwa objawów, podobnie jak człowiek z nadciśnieniem może długo nie wiedzieć, że jest chory. Co więcej, ignorancja posiada osobliwy mechanizm samoobrony: im jest głębsza, tym rzadziej skłania dotkniętego nią człowieka do podejrzeń, że czegoś nie wie. Z tego powodu przewyższa wiele chorób somatycznych, które przynajmniej wysyłają sygnał bólowy. Ignorancja potrafi natomiast objawiać się znakomitym samopoczuciem, stanowczością sądów i przekonaniem, że wszyscy pozostali zostali oszukani.

Nie należy jednak zbyt szybko wpisywać jej do klasyfikacji chorób. Gdyby bowiem każda niewiedza była chorobą, wszyscy bylibyśmy pacjentami niemal we wszystkich dziedzinach. Fizyk nieznający sanskrytu, filolog bezradny wobec mechaniki kwantowej i dietetyk niepotrafiący naprawić skrzyni biegów musieliby zostać objęci programem wielospecjalistycznej opieki. System ochrony zdrowia, który już teraz ma pewne trudności z leczeniem ludzi chorych, musiałby dodatkowo leczyć wszystkich z wszystkiego, czego nie wiedzą. Byłoby to przedsięwzięcie imponujące, choć przypuszczalnie krótkotrwałe.

Niewiedza niewiedzy nierówna

Ignorancja nie jest po prostu brakiem informacji. Brak informacji jest naturalnym stanem człowieka, ponieważ całość dostępnej wiedzy przekracza możliwości nawet najbardziej pracowitego umysłu. Człowiek rozsądny wie przede wszystkim, że nie wie bardzo wielu rzeczy – i nie uważa tego za osobistą katastrofę. Pyta lekarza o chorobę, mechanika o samochód, a hydraulika o rurę, choć oczywiście może również zapytać internautów, jeżeli pragnie otrzymać więcej odpowiedzi, niż istnieje możliwości.

Ignorancja staje się interesująca dopiero wtedy, gdy przestaje być świadomą niewiedzą, a zaczyna pełnić funkcję wiedzy. Nie mówi już: „Nie wiem, czy otyłość jest chorobą”, lecz: „Każdy wie, że to skutek łakomstwa i że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać”. Formuła „każdy wie” jest jednym z najdoskonalszych wynalazków w historii umysłowego lenistwa. Pozwala ominąć zarówno dowód, jak i refleksję i zahacza co najwyżej o poczucie wstydu, wówczas gdy jest się wyjątkiem potwierdzającym regułę. No i skoro każdy wie, nikt nie musi sprawdzać.

Człowiek ignorant niekoniecznie ma mało informacji. Może znać wiele faktów, a nawet cytować naukowe publikacje. Jego przypadłość polega raczej na niemożności dopuszczenia, że fakty te mogą nie wystarczać lub że jego rozumowanie zawiera lukę albo po prostu, że świat nie jest zobowiązany do przestrzegania prostoty jego poglądów. Ignorancja wykształcona bywa przy tym odporniejsza od zwyczajnej, ponieważ posiada aparat pojęciowy służący do obrony. Niewiedza uzbrojona w terminologię naukową nie staje się wiedzą, tylko staje się trudniejsza do wykrycia i uzupełnienia.

Otyłość jako próba charakteru, cudzego charakteru

Sprzeciw wobec uznania otyłości za chorobę często przybiera postać troski o odpowiedzialność. Istnieje bowiem obawa, że jeśli nazwiemy otyłość chorobą, to człowiek przestanie odpowiadać za to, co je, ile się rusza i jak żyje. Choroba stanie się usprawiedliwieniem, a medycyna zdejmie z pacjenta obowiązek panowania nad sobą i własnym życiem.

Jest w tym rozumowaniu pewna osobliwość. Nikt zazwyczaj nie twierdzi, że rozpoznanie nadciśnienia zwalnia pacjenta z przyjmowania leków, ograniczenia soli i alkoholu czy zwiększenia aktywności. Przeciwnie: rozpoznanie choroby tworzy nowe zobowiązania względem własnego ciała. Pacjent może nie być moralnie winny swojej chorobie, ale pozostaje współodpowiedzialny za jej leczenie. Dopiero w przypadku otyłości odkrywamy nagle, że choroba i odpowiedzialność muszą się wzajemnie wykluczać.

Można podejrzewać, że nie zawsze chodzi tu o odpowiedzialność człowieka chorego. Niekiedy chodzi o prawo człowieka zdrowego – albo chwilowo zdrowego – do wydawania ocen. Otyłość jest bowiem chorobą wyjątkowo dogodną dla moralisty. Jej domniemane przyczyny można odczytać z wyglądu, jej przebieg objaśnić bez badania pacjenta, a leczenie streścić w jednym zdaniu. Człowiek, który o mechanizmach regulacji apetytu, adaptacji metabolicznej i biologicznej heterogeniczności otyłości nie wie nic, może mimo to wypowiadać się z pewnością niedostępną badaczowi tychże procesów i zjawisk. Badacz bowiem zna ograniczenia swojej wiedzy, ignorant zaś nie jest nimi w żaden sposób skrępowany.

W tym sensie ignorancja ma przewagę nad nauką. Nauka produkuje zastrzeżenia, przedziały ufności i pytania wymagające dalszych dociekań i badań. Ignorancja produkuje odpowiedzi. Nauka mówi: „To zależy”. Ignorancja odpowiada: „Nie komplikujmy, przecież to proste”. I rzeczywiście nie komplikuje, ponieważ usuwa z obrazu wszystkie elementy, które mogłyby zakłócić prostotę sądu.

A czy odpowiedzialność leczy?

Przekonanie, że otyłość nie jest chorobą, lecz skutkiem złych wyborów, zdaje się opierać często na założeniu, iż człowiek przestanie dokonywać złych wyborów, jeżeli odpowiednio stanowczo mu się je wytknie. Jest to pogląd atrakcyjny, gdyż pozwala leczyć cudzą chorobę własnym oburzeniem. Terapia taka jest tania, nie wymaga wykształcenia i daje natychmiastową satysfakcję… osobie leczącej. Jej skuteczność wobec pacjenta pozostaje wprawdzie wątpliwa, ale cóż znaczy skuteczność w porównaniu z przyjemnością posiadania racji?

Moralne napomnienie może mieć sens, jeśli człowiek nie rozpoznaje konsekwencji swojego działania albo zapomina o swoich zobowiązaniach. Nie zastępuje jednak wiedzy o biologii choroby. Głód nie znika dlatego, że został uznany za naganny, a wydatek energetyczny nie zwiększa się od pochwały samodyscypliny. Organizm posiada tę irytującą właściwość, że nie podporządkowuje się naszym kategoriom moralnym. Tkanka tłuszczowa nie wie, czy została zgromadzona wskutek grzechu łakomstwa, czy może ubóstwa, działania leków, deprywacji snu, czy zaburzeń łaknienia będących spadkiem otrzymanym w genach. Nie zna również pojęcia sprawiedliwości. Reaguje zgodnie z fizjologią, która w dupie ma kodeks cnót.

Nie wynika z tego oczywiście, że zachowanie jest bez znaczenia. Gdyby było, leczenie żywieniowe, ruch i praca nad nawykami nie przynosiłyby efektów. Wynika jedynie, że zachowanie człowieka jest zarazem przyczyną i skutkiem wielu procesów, nad którymi nie ma on pełnej kontroli. Możemy wpływać na swoje postępowanie, lecz nie wybieramy dowolnie siły apetytu, reakcji organizmu na deficyt energii, podatności genetycznej ani środowiska, w którym uczyliśmy się jeść w okresie dzieciństwa.

Człowiek jest więc odpowiedzialny, ale nie jest wszechmocny. Ta formuła jednak nie zadowala ani zwolenników pełnego determinizmu, ani kaznodziejów nieograniczonej woli, ma natomiast tę zaletę, albo raczej niedogodność, że jest bliższa rzeczywistości.

Czy ignorancję można diagnozować?

Gdybyśmy mimo wszystko zapragnęli uznać ignorancję za chorobę, szybko napotkalibyśmy trudności diagnostyczne. Sam brak wiedzy nie wystarczy, bo każdy czegoś nie wie. I to już chyba wiemy. Należałoby więc rozpoznawać nie ignorancję prostą, lecz kliniczną – taką, która zaburza zdolność oceny rzeczywistości, szkodzi innym albo uniemożliwia zmianę poglądu pod wpływem dowodów.

Można by nawet zaproponować kryteria. Pierwszym byłaby przewlekła skłonność do wypowiadania się z największą pewnością właśnie w tych sprawach, o których wie się najmniej. Drugim – zastępowanie argumentów formułami „to oczywiste” i „wszyscy wiedzą”. Trzecim – traktowanie pojedynczego przykładu jako dowodu powszechnej prawidłowości: „Mój znajomy schudł, robiąc…, więc każdy może”. Czwartym – odporność na dane połączona z nadwrażliwością na sprzeciw. Piątym zaś – uznawanie każdej złożoności za próbę usprawiedliwienia cudzej słabości.

Diagnoza taka miałaby jednak zasadniczą wadę – każdy najchętniej stawiałby ją innym. Ignorancja byłaby więc pierwszą chorobą, na którą według powszechnego przekonania cierpi wyłącznie otoczenie. Pacjent przychodziłby do lekarza nie po własne rozpoznanie, lecz z listą krewnych, znajomych lub przeciwników politycznych wymagających pilnej terapii. Leczenie również nie byłoby proste. Dostarczenie informacji pomaga tylko wtedy, gdy problemem jest ich brak. Jeśli niewiedza służy ochronie własnej tożsamości, pozycji albo poczucia moralnej przewagi, a nie są to motywy nieprawdopodobne, nowe fakty mogą zostać potraktowane jak zagrożenie. Człowiek nie broni wówczas poglądu dlatego, że uważa go za prawdziwy; uważa go za prawdziwy dlatego, że wiedziony wspomnianymi pobudkami potrzebuje go bronić. Argument uderza nie w jego przekonanie, ale w obraz samego siebie. Tyle że nie sposób dostrzec ciosu. Jedynie czuć uderzenie.

Choroba czy występek?

Mimo wszystko nie powinniśmy jednak nazywać ignorancji chorobą, przynajmniej nie bez licznych zastrzeżeń. Choroba jest stanem organizmu lub psychiki, ignorancja zaś może być w dużej mierze zwyczajnym brakiem wiedzy, błędem poznawczym, zaniedbaniem, postawą moralną albo deklaratywną odmową rozumienia. Uznanie jej za chorobę mogłoby zwolnić takiego ignoranta właśnie z tej odpowiedzialności, której tak gorliwie domaga się od osób chorujących na otyłość. Istnieje bowiem różnica między „nie wiem” a „nie chcę wiedzieć”. Pierwsze jest powszechnym losem człowieka. Drugie może być wyborem. Kto nie zna biologii otyłości, nie popełnia jeszcze przewinienia. Kto jednak odrzuca możliwość jej poznania, ponieważ łatwiej mu gardzić niż rozumieć, nie cierpi prawdopodobnie na chorobę, a korzysta z osobliwej wygody.

Ignorancja zawiniona zaczyna się nie tam, gdzie kończy się wiedza, lecz tam, gdzie człowiek ustanawia granicę, której wiedzy przekroczyć nie wolno. Nie pyta już, czy jego przekonanie jest prawdziwe, ale czy nadal pozwala mu czuć się lepszym, rozsądniejszym lub bardziej zdyscyplinowanym od innych. Jeżeli pozwala, zostaje owo przekonanie uznane za dostatecznie udowodnione lub przynajmniej uzasadnione.

Pożytki z cudzej winy

Moralizowanie otyłości przynosi pewne psychologiczne korzyści. Pozwala wierzyć, że świat jest sprawiedliwy – ludzie otrzymują takie ciała i choroby, na jakie zasłużyli. Jeśli ktoś zachorował wskutek „braku dyscypliny”, to człowiek zdyscyplinowany może czuć się bezpiecznie. Nieszczęście zostało wyjaśnione, a zarazem odgrodzone od obserwatora. „Mnie to nie spotkało i nie spotka, ponieważ ja jestem inny”. I to jest właśnie jedna z najstarszych pociech ludzkości. Przyjaciele biblijnego Hioba także próbowali przekonać go, że cierpienie musi mieć moralną przyczynę. Nie czynili tego przecież z okrucieństwa. Bronili porządku świata, w którym nieszczęście nie przychodzi bez winy. Niewinny cierpiący jest bowiem metafizycznym skandalem; cierpiący winny w zamian przywraca tak pożądaną harmonię.

Człowiek chory na otyłość pełni czasem podobną funkcję. Jego ciało ma dowodzić, że zaniedbanie zostaje ukarane, a cnota w zamian nagradzana bywa szczupłością. Nie przeszkadza nam specjalnie, że szczupłość może współistnieć z fatalną dietą, brakiem ruchu i chorobą, a otyłość z dużą sprawnością oraz realną troską o zdrowie. Symbol jest poręczniejszy niż rzeczywistość. A uznanie otyłości za chorobę narusza konstrukcję dającą błogie poczucie bezpieczeństwa. Zmusza do przyjęcia, że biologiczna podatność jest nierówno rozdzielona, że całkiem podobne zachowania mogą przynosić odmienne skutki i że cudze ciało nie jest świadectwem w procesie o siłę charakteru. Odbiera nam zatem nie tyle samą wiedzę, ile przyjemność łatwego osądzania.

Czy istnieje szczepionka przeciw bucie?

Gdyby ignorancja była chorobą, należałoby zapytać o profilaktykę. Edukacja wydaje się oczywistym środkiem, ale jej skuteczność jest ograniczona. Wiedza może zmniejszać niewiedzę, nie zawsze jednak usuwa potrzebę pewności, wyższości i prostych wyjaśnień. Człowiek może nauczyć się nowych pojęć wyłącznie po to, aby sprawniej bronić dawnych uprzedzeń. Być może skuteczniejszą profilaktyką byłaby pokora poznawcza – przyzwyczajenie do myśli, że mogę się mylić, że cudza sytuacja zawiera okoliczności, których po prostu nie znam, i że prostota mojego wyjaśnienia może świadczyć nie o jego prawdziwości, lecz o ubóstwie mojej wiedzy i obnażać – o ironio – słabość charakteru. Nie jest to jednak lekarstwo chętnie przyjmowane. Ma nieprzyjemny smak i może wywoływać dotkliwe działania niepożądane w postaci wątpliwości wobec własnych sądów.

Nie wynaleziono również – na ten moment – szczepionki przeciw potrzebie moralnej wyższości. Ale nawet gdyby powstała, zainteresowanie nią byłoby zapewne niewielkie, ponieważ każdy uważałby, że powinni zaszczepić się inni.

Ostateczna diagnoza

Czy zatem ignorancja jest chorobą? Nie, nie jest, a przynajmniej nie w tym samym znaczeniu, w jakim chorobą może być otyłość. Nie ma jednej patofizjologii, kryteriów diagnostycznych ani narządu, którego niewydolność odpowiadałaby za wszystkie jej przypadki. Bywa nieuniknionym brakiem wiedzy, niekiedy skutkiem ograniczeń poznawczych, czasem społecznym dziedzictwem, a czasem dobrowolną rezygnacją z rozumienia.

Zadane pytanie ma jednak wartość, jeśli odwrócimy jego kierunek. Zamiast pytać: czy skoro otyłość jest chorobą, ignorancja również powinna nią zostać?, zapytajmy: dlaczego ludzie, którzy obawiają się, że uznanie choroby odbierze pacjentom odpowiedzialność, tak rzadko czują się odpowiedzialni za własną niewiedzę? Osoba chorująca na otyłość słyszy, że powinna lepiej panować nad swoim apetytem. Osoba wydająca sądy o jej charakterze rzadko słyszy, że powinna lepiej panować nad swoją swadą i pewnością w ich wydawaniu. Pierwszej przypomina się o konieczności pracy nad sobą; druga uważa, że takowa praca nad własnymi przekonaniami byłaby zamachem na zdrowy rozsądek.

Ignorancja nie jest zatem chorobą. Byłoby to dla niej nazbyt łaskawe. Choroba może dotknąć człowieka bez jego zgody, podczas gdy ignorancja nierzadko wymaga codziennej pielęgnacji – unikania niewygodnych informacji, dobierania przykładów, które potwierdzają wcześniejsze sądy, oraz najlepiej ludzi, którzy nie zadają kłopotliwych pytań. Jest więc nie tyle przypadłością, co niechlubnym osiągnięciem. Ignorancja jest rezultatem wytrwałej pracy nad tym, aby rzeczywistość nie zakłócała naszych przekonań.

Otyłość zasługuje na leczenie, ponieważ może powodować cierpienie i zaburzać funkcjonowanie organizmu. Ignorancja zasługuje na sprzeciw, ponieważ może powodować cierpienie innych i zaburzać funkcjonowanie wspólnoty. Pierwsza nie odbiera człowiekowi godności. Druga nie odbiera mu odpowiedzialności. A jeśli mimo wszystko chcielibyśmy wpisać ignorancję do klasyfikacji chorób, należałoby opatrzyć ją szczególnym przypisem: rokowanie jest najlepsze u tych, którzy dopuszczają możliwość, że są nią dotknięci, i najgorsze u tych, którzy są pewni, że diagnoza dotyczy wyłącznie pozostałych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *